Wiecie co zrobiłam, kiedy pierwszy raz trzymałam tą książkę w rękach? Przekartkowałam ją, zbliżyłam do uciekających kartek nos i powąchałam. Uwielbiam zapach nowiutkiej książki. Pachnie taką… niespodzianką. Takim czymś nieznanym. Nowością. Sobą po prostu. Stałam tak przez chwilę z rozerwaną kopertą pod pachą i książką w dłoniach i spokojnie przesuwałam palcami po okładce. Jest taka mięciutka. Taka jak lubię.

Nikt mi nie wmówi, że czytanie z elektronicznych bajerów jest lepsze i wygodniejsze. NEVER EVER! Nie przepuszczę potrzymania egzemplarza świeżutkiej książki w dłoniach. Ta niewiedza, co się stanie za chwilę, kiedy obrócę stronę – bezcenna.
Nie wiem jak Wy, ale ja mam pewien dziwny (nie dziwny) nawyk – otwieram ostatnią stronę, ostatniego rozdziału książki i czytam. Nie mając zielonego pojęcia o co chodzi wcześniej, czytam te kilka kończących akapitów.

Kim jest tytułowa Położna?

Wbrew wszelkim opiniom, wcale nie jest “położną gwiazd”. Sama o sobie pisze, że jest normalną położną, która po prostu pomaga dzieciom szczęśliwie przyjść na świat. Jest Aniołem, który jako pierwszy trzyma pojawiające się na świecie dziecko i podaje je rodzicom. Jeanette, była jedną z pierwszych położnych, które przyjmowały porody w domu. Dzielnie walczyła o prawa rodzących. To właśnie dzięki niej, akcja “Rodzić po ludzku” nabrała rozgłosu.
Książka jawi nam obraz kobiety z niezwykle silną pasją do swojego zawodu. Jeanette, w stu procentach oddaje się położnictwu. Angażuje się w każdy poród na maksa. Nie odpuszcza i walczy do końca.

Mnie osobiście najbardziej wzruszył sam opis pierwszego porodu Jeanette. W zasadzie, to jakbym czytała o swoim. Nasze porody różniły się tym, że ja (w przeciwieństwie do Niej) miałam przy sobie mojego M. Czytając o narodzinach jej syna, przeżywałam na nowo akcję porodową Bobika.
Rozumiałam ją, kiedy pisała o niegasnącym w ustach pragnieniu. Wiedziałam co to niewygodne łóżko porodowe, z którego zejście było całkowicie zakazane (rok 2010!!!). Pamiętam, jak jeden z lekarzy, chcąc pomóc mi szybciej urodzić, położył się mi na brzuchu i cisnął ile mógł. Gdybym wtedy wiedziała, że to zakazane… Tak samo jak Ona, widziałam swoje dziecko przez SEKUNDĘ. O położeniu na brzuch nie było mowy. O ochronie krocza mogłam zapomnieć. Ogłupiające i uspokajające leki na czas szycia i mieli położnicę z głowy. Radość z narodzonego dziecka przeżywałam w samotności. Mój M. nie mógł ze mną nawet posiedzieć choćby godziny w sali poporodowej (chociaż byłam w niej jedyną pacjentką). Został brutalnie wygoniony przez dyżurującą położną. Byłam sama. Ja i aparatura, która miała monitorować mój stan. Wodę do picia, zamiast męża, podawała mi położna. Nazajutrz o mały włos nie zemdlałam. Przed obchodem wpadła do sali położna, oznajmiła, że mam wstać i iść pod prysznic. I tyle ją widziałam. Nawet nie pomogła mi się podnieść z łóżka. Nieźle się zdziwiła znajdując mnie po jakimś czasie w łazience. Nie omieszkała tego głośno skomentować… Że co to ja sobie wyobrażam, samej tak biegać po korytarzu. Przecież mogło mi się coś stać… itp.

Bobika zobaczyłam kilka minut po 12 w południe. Przywiozła mi go uprzejma pani z noworodkowego. Leżał zawinięty w (nie do podrobienia) kokon, w swoim plastikowym łóżeczku. Taki malutki, opuchnięty. ALE JUŻ TYLKO MÓJ!

polozna_mockupopen_white

Czytając te wszystkie opisane porody, czułam, że poprzez swoją niewiedzę, zepsułam Bobikowi (mi i M. też) ten moment narodzin. Nie chodziłam do szkoły rodzenia (co nadrobiłam przy Tomku). Nie wiedziałam o tylu rzeczach… Życzę każdej rodzącej kobiecie na świecie, takiej położnej jak Jeanette. Która dopasowuje się do matki, ojca, a przede wszystkim do dziecka. To oni są dla niej najważniejsi. Poród to MAGIA, NIESAMOWITA CHWILA, o czym nie raz przekonujemy się czytając tą książkę.
Szkoda, że tak niewiele położnych to rozumie i praktykuje.

Książkę polecam gorąco. Wciąga niesamowicie. Gdyby nie dzieciarnia i obowiązki domowe, z  całą pewnością pochłonęłabym ją w jeden dzień.

2 komentarze

  1. Na szczęście widać jak powoli, małymi kroczkami, położnictwo w Polsce zmienia się na lepsze…
    Nie uniknęłam nacięcia krocza ( wtedy nawet się nad tym nie zastanawiałam ) ale E. był cały czas ze mną. Maję położono mi na chwilę na brzuchu ( szkoda, że tak krótko ale do dziś pamiętam jak spojrzała mi prosto w oczy ). Potem się trochę pokomplikowało – spadła mi hemoglobina i prawie 2 godziny leżałam na porodówce a oni robi morfologie itp. Na szczęście Maja była z tatą w ładnym pokoiku z kanapą dla taty i wanienką do mycia ( żeby rodzice od początku uczyli się swojego dziecka ).
    Położne były cudowne!

    Myślę, że przy drugim porodzie będzie jeszcze lepiej, bo ja już wiem, co robić. Poza tym wyremontowali porodówkę i można liczyć na relaksujące działanie piłki czy wody.

    • Ja w pierwszej ciąży też w zasadzie za wiele o samym porodzie nie myślałam. Byłam mloda, niedoświadczona… Nie wiedziała co i jak. Przygotowałam sie tylko na bol. Wiedziałam, ze musi boleć ale że warto. I tyle. Nawet nie interesowało mnie nic co mogłoby mi jakks pomoc przy porodzie.
      Teraz z Tomkiem było o wiele lepiej. Nadrobilam zaległości i po nauce w szkole rodzenia poszło cudnie.

Leave a Reply

%d bloggers like this: