Pamiętam, że tego w szkole nie lubiłam najbardziej – odrabiania lekcji w domu. Spędzałam nad nimi całe popołudnia, do późnych wieczorów. A gdzie tu znaleźć czas na naukę do sprawdzianów?! Sen z powiek zawsze spędzała mi matematyka. Oddałabym wszystko, byle tylko nie musieć uczyć się geometrii i liczyć tych wszystkich pól powierzchni. Dlatego właśnie, mając w pamięci swoje męki, postanowiłam, że moje dziecko za nic w świecie nie będzie się tak męczyło, odrabiając swoje lekcje – zamierzam mu pomagać tak długo, jak będę mogła!

Pierwsza klasa to koszmar nie tylko dla dziecka

Zacznijmy od początku. Niech podniosą rękę rodzice, których dzieci chodzą z przysłowiową głową w chmurach. Właśnie! Śmiem twierdzić, że dosięga to nas wszystkich. Mój siedmiolatek, to dziecko, które jakby mogło, zastawiłoby w domu swoją głowę. Nie raz i nie dwa szukaliśmy bluzy, piórnika, zeszytów czy – jak ostatnio – nożyczek. Szczęście, że są uważne panie w świetlicy i trzymająca rękę na pulsie pani wychowawczyni, bo śmiem twierdzić, że do tej pory wyprawkę szkolną kupowalibyśmy po raz kolejny.

Odrabianie lekcji z dzieckiem powinno być obowiązkiem rodzica

Ilu rodziców, tyle opinii, jednak ja jestem zdania, że dziecku – zwłaszcza w pierwszej klasie, gdzie stres sięga zenitu – trzeba pomagać. Ja rozumiem, że powinniśmy od najmłodszych lat coraz bardziej usamodzielniać nasze dzieciaki, żeby potem nie wyrosły na jakieś pierdoły życiowe. Rozumiem, że doskonale pamiętamy nasze męki podczas nauki i za nic na świecie nie chcemy do tego wracać. Jednak nasze dzieci, to jednak DZIECI. Kto ich nauczy, jak działa szkoła? Dlaczego mają stresować się, że nie potrafią czegoś zrobić, skoro siadając z dzieckiem na pół godziny przy biurku i tłumacząc to i owo, możemy temu zapobiec? Nie mówię tu o odrabianiu lekcji za dziecko! Tego nie uznaję w ogóle. Jednak co złego jest w tym, żeby sprawdzić zeszyty naszego uczniaka? Czy źle robię, sprawdzając, czy ma spakowane trampki na wf czy śniadanie?

Cierpliwości rodzicu!

Sytuacja sprzed kilku dni: lekcje angielskiego są prowadzone przez panią nauczycielkę w dość niezrozumiały przeze mnie sposób – otóż dzieciaki nie uczą się słówek, czy podstawowych krótkich zwrotów, lecz od razu pełnych zdań. Początek był spoko, nazwij przedmioty, które masz w piórniku, wstań, usiądź, podnieś rękę… a teraz? Czy możesz pościelić łóżko? Chodź poznaj moją rodzinę. Nijak nie widzę tu sensu, skoro nasze dzieci nie rozumieją połowy użytych w tych zdaniach słów. Nie mówiąc już o gramatyce. I co tu dużo rzec… w szkole muszą być sprawdziany – i takowe są już w pierwszej klasie. Na ocenę! I tak, jak pierwszy test był prosty i ze słówek, teraz Tobiasz ma na serio dużo informacji do przyswojenia. Wiem, że jest zdolny i szybko zapamiętuje materiał, więc usiadłam pewnego popołudnia i zapytałam go z tego i owego. Nie potrafił mi odpowiedzieć na żadne pytanie. Nie rozumiał nic z tego, co się uczył. Usiadłam więc obok niego i powoli i cierpliwie tłumaczyłam zasady pytań z użyciem “CAN“. Maluch po kilku niepowodzeniach zestresował się na tyle, że nie chciał kolejnego dnia iść do szkoły. Płakał i szlochał i nadal nie rozumiał. Trochę wydawało mi się to dziwne, bo przecież nie jest to nic trudnego.

Jasne, dla mnie! On miał prawo tego nie rozumieć. Co by było, gdybym postanowiła nie pomagać mojemu dziecku w nauce? Poszedłby zestresowany i nieprzygotowany na test? Dostałby złą ocenę?

Poświęć swój czas dziecku, rodzicu!

Owszem, są dni, kiedy przychodzę zmęczona z pracy i niekoniecznie chce mi się siedzieć z Tobiaszem i patrzeć jak kreśli te swoje koślawe literki. Wiele razy wewnętrznie wzdychałam i ziewałam znudzona. Ale siedziałam twardo do końca. Poświęciłam pół godziny serialu, by uspokoić moje dziecko i wytłumaczyć mu, o co naprawdę chodzi w zdaniach z użyciem “CAN“. Udało mi się przywrócić mu wiarę we własne siły. Wystarczyło ciut później usiąść przed telewizorem. Poświęcić się dla dziecka. Dlatego nie rozumiem osób, które nie zaglądają w zeszyty swoich pociech. Tłumaczenia, że to nauczy ich samodzielności jakoś do mnie nie przemawiają. Moja mama odrabiała ze mną zadania domowe dość często. Kiedy robiłam je z nią, czułam się pewnie i wiedziałam, że nie popełniam błędów. Z czasem dawała mi coraz więcej swobody i sama odpowiadałam za swoją naukę. Aż w końcu prace domowe były tylko moją sprawą. Jak widać stałam się bardzo samodzielna i nie czuję się życiową ofermą, bo pomagała mi mamusia.

Chcę być jednak dobrze zrozumiana – co innego znaczy robić lekcje z dzieckiem, a co innego robić je za dziecko. Do tego w ogóle nie namawiam. Mi chodzi jedynie o nadzór i wzbudzenie w dzieciach przekonania, że mogą do nas przyjść z każdym trudnym zadaniem. Że zawsze im pomożemy i razem dojdziemy do rozwiązania.

Jak to u Was jest z odrabianiem prac domowych? Pomagacie swoim dzieciom?
A może od razu postanowiliście się nie wtrącać? Myślicie, że uwagi typu “Jaś nie odrobił zadania domowego” nauczą dziecko lepszej samokontroli?

Ciekawa jestem bardzo Waszego zdania w tym temacie.

15 komentarzy

  1. margolcia Z. Reply

    Jeśli o nas chodzi to od samego początku Igor odrabia lekcje sam w swoim pokoju przy swoim biurku, owszem mam wgląd na to co robi ale stawiam na samodzielność i to co rozumie robi sam, jeśli czegoś nie wie próbujemy zrobić to wspólnie na zasadzie wprowadzenia go na odpowiedni trop. Kontroluje zeszyty na bieżąco, tzn jedynie gdy pracuje 14-22 już nie bo gdy wracam on śpi rano też widzimy się zaledwie godzinę.

    P. S super apka, gdyby dało się jeszcze tam komentować wpisy było by idealnie

    • U nas jeśli chodzi o lekcje, to w zasadzie jest ten sam proces postępowania, co u Ciebie.

      A co do apki, to dzięki za sugestię. Wszystko jest dopiero w początkowej fazie testów, więc wiadomo, że będziemy z czasem rozwijali ją i jej dodatki. Komentarze na pewno są wysoko na liście dodatków, które trzeba wprowadzić w pierwszej kolejności.

      • margolcia Z. Reply

        Super, więc czekam, bo sama aplikacja to super pomysł nie muszę szukać waszych postów. Wchodzę i mam

  2. Maluch w domu Reply

    Nadzór rodzica na początku jest wskazany, zwłaszcza gdy dziecko ma problemy. Trzeba pokazać, że dziecko może znaleźć w nas wsparcie, nie wszystko musi od razu zrozumieć.

  3. Iwona - Inspirująca XL-ka Reply

    Nadzór jest oczywiście wskazany. Mnie na szczęście ten problem nie dotyczy, bo szkoła mojej córki idzie systemem bez zadań domowych. Ale teraz w drugiej klasie uczymy się razem słówek i prowadzimy “Zeszyt OK” o tym czego danego dnia się nauczyła. Wiem, że dałaby sobie z tym radę sama, ale ona nabiera pewności siebie gdy jest się z nią :-)

  4. Odrabianie lekcji w domu powinno byc zabronione ;) szkoła powinna tak uczyc zeby wszystko przerobic i utrwalic na lekcjach.

    • Moim marzeniem jest szkoła bez zadań domowych. Póki co, u nas to ćwiczenia z kaligrafii i czytanki do przećwiczenia.

  5. Zgadzam się w 100%. Szkoda tylko, że im starsze dzieci w szkole, tym bliżej ich szkolnym godzinom do naszego etatu…

  6. Jednak wolałabym szkołę bez zadań domowych, a jeśli już to tylko takie utrwalające. Irytuje mnie natomiast, gdy pani nauczycielka zadaje do domu zadania z ćwiczeń. W szkole robią pierwsze, te łatwiejsze, a do domu zostaje zadane to ostatnie najtrudniejsze, gdzie to ja muszę dziecku tłumaczyć o co chodzi, choć to nie powinna być moja rola. Oczywiście jestem jak Ty za kontrolą i pomocą, aby dziecko nie przeżywało niepotrzebnych frustracji w szkole. Angielski u nas na razie tylko słówka, ze zdań to tylko było jak się nazywam. Choć w przyszłości mam obawy, bo ja języka angielskiego się nie uczyłam i za wiele nie pomogę.

    • U nas największe problemy pewnie będą z matematyką… Niestety nie jesteśmy ani ja, ani M. w niej najlepsi :( I zgadzam się, że zawsze do domu zadają to, co najtrudniejsze :/ Szkoda, że takie mamy w Polsce podejście do zadań domowych, że naukę tak naprawdę odwalają rodzice.

Leave a Reply

%d bloggers like this: